Sława bohaterów literackich zawsze wprawiała mnie nie tyle w irytację, co w stan głębokiego skonfundowania. Zjawisko swoistej dystrakcji pomiędzy światem rzeczywistym, a tworem piór utalentowanych pisarzy, napawa mnie szczególnym niepokojem, a wydźwięk nazwisk wzniesionych do rangi kultowych mrozi krew w moich żyłach. Ilekroć rzucając na głos pojedynczym zawołaniem: „Łęcka”, dla przykładu, mam pewność, iż zgromadzone przy mnie osoby (w zależności od obecnego stadium rozwoju i etapu edukacji), rozpoznają w niej piękną, wzniosłą, zubożałą szlachciankę, część może przywoła oczyma wyobraźni twarz odtwórczyni filmowej roli w adaptacji „Lalki”, młodej wówczas Beaty Tyszkiewicz, a ci bardziej wtajemniczeni, niewykluczone że wysnują teorię, w myśl której Konstancja Halicka (niegdysiejsza miłość Prusa), stanowiła pierwowzór przywołanej bohaterki. Jednak zmierzam do konstatacji – jakoby znana, niemal jak żywa jawiła się nam owa postać.
Zjawisko namacalnej więzi z bohaterami nowel, powieści i dramatów wzrasta do rangi dominacji tych martwych, w rozumieniu naszej rzeczywistości istot, których głównym napędem i siłą jest nadana im powinność reprezentowania ogółu…
Tak więc Frodo z „Władcy pierścieni” obnaża prawdę o potencjale drzemiącym w małych, na pozór słabych jednostkach, równocześnie deklarując siłę odpowiednio kierowanej zbiorowości. Mort u Terrego Pratcheta jest, wybacz drogi czytelniku za śmiałość w posługiwaniu się frazeologizmami, toczka w toczkę niczym innym, jak epopeją nastoletniego życia, pierwszej pracy, zauroczenia i charakterystycznego dla nastoletniego wieku niezdecydowania. Pinokio, Tomek Sawyer to problematyczni chłopcy. Cezary Baryka – bohater z krwi i kości, topos młodości, ale i zagubienia, dualistycznej natury i obraz piętna, jakie odciska na nas wczesne wychowanie, otoczenie… Doktor Strange stanowi ukłon w stronę wariatów (raz jeszcze przepraszam za wplecenie słów o wątpliwej wartości stylistycznej), równocześnie apel o dychotomii człowieczego bytu… I wymieniać bym mogła bez końca od person ze stronic baśni, po te poznane podczas lektur licealnych, od starożytności, przez barok, modernizm, dwudziestolecie międzywojenne, po nowożytność. Jednak nie wyliczanie stanowi meritum mojego wywodu, a pytanie które sprowokowały powyższe analizy.
Któż jest bardziej żywy? Oni czy my? Projektując postać, masz świadomość swojej wyższości, drogi pisarzu, ale co potem? Oni żyją dłużej, bo cóż ze śmierci starego Boryny, jeżeli zmartwychwstaje z każdym powtórnym otwarciem „Chłopów”? Symboliczny gest siania powtarzać mu przyszło bez końca… Powiesz: tragizm tych niby ludzkich, a jednak dziwnie widmowych podmiotów, nie rozszerzą swojej historii, ale przecież każdy zamknięty w ramy czasu ma określony zasięg, możliwości, podobnie jak ci ograniczeni okładką i rewersem niby-ludzie, jednak oni przynajmniej swoją bytność obligują do większych, wzniosłych, nasyconych symbolicznym przekazem celów, poddawani licznej interpretacji, analizom. „Tylko narzędzia” – rzucisz pogardliwie. Może będziesz miał rację, szanowny czytelniku, ale zastanów się nad ogólnym zamysłem. Czy fakt określonego, narzuconego zastosowania, w jakikolwiek sposób umniejsza długowieczności owych jednostek?
Przecież bardziej realni, bliżsi stają się nam bohaterowie słowa pisanego. Znamy przecież w większości ich genezę, spędzamy czas poznając wyimaginowane dzieje, czasem zupełnie pozbawione możności użycia terminu „realizm”. Przyznaj się, że więcej wiesz o księżniczce Cintry, niż o niektórych spokrewnionych z tobą osobach…