Czas zacząć spełniać marzenie…

Czas zacząć spełniać marzenie…
                                                                 I

Jako dziecko byłam bardzo zżyta z naszym domem rodzinnym. W późniejszych latach w zasadzie się to nie zmieniło. Bardzo kochałam moich rodziców i wiem, że oni również kochali mnie. Śmierć mojej matki i utrata większości przedmiotów związanych z moim dotychczasowym życiem odebrała mi jakiekolwiek chęci do życia. Jak wybuchł pożar? Tego nie wiem… Strażacy twierdzili, że mogło być to spowodowane problemami z instalacją, lecz nie wiem czy powinnam w to wierzyć. Osobiście pilnowałam by wszystko było na bieżąco kontrolowane. Mój ojciec? Załamał się, zresztą nie dziwię się mu. Spędził z tą kobietą prawie całe swoje życie. Kochał ją ponad wszystko i wszyscy o tym wiedzieli. Wciąż nie dociera jeszcze do niego, co tak naprawdę się stało. Tyle lat wspierał ją w chorobie, a ona mogła jeszcze żyć… Mogła być z nami, gdyby nie to nieszczęście. Mama zawsze była pogodna. Całe życie szła z uśmiechem na ustach, dążąc do wcześniej postawionych sobie celów, w czym wspierał jej ojciec. Zarażała optymizmem dosłownie wszystkich. Była bardzo mądrą kobietą. Zawsze marzyłam o tym, by być jak ona. Niestety nie zawsze jest to takie proste. Teraz moje życie stało się blade. Jak pożegnać osobę, którą tak bardzo się kochało? Jak pogodzić się z jej odejściem? Wciąż liczę na to, że się obudzę, że to wszystko to po prostu zły sen, który zaraz się skończy, a ja będę miała możliwość jak co dzień odwiedzić mamę i porozmawiać z nią o moich radościach i smutkach. Przyniosę jej kwiaty, jej ulubioną malinową herbatę i nową książkę… Miała całą swoją bibliotekę… Uwielbiała czytać. Myślę, że to pożegnanie będzie najcięższym ze wszystkich jakie przeżyłam i przeżyję. Chyba każdy kto stracił ukochaną sobie osobę wie co właśnie przeżywam. Pogrzeb już jutro, a ja dalej nie rozumiem co się dzieje. Muszę przyszykować jeszcze tyle rzeczy… Zwłaszcza swoją mentalność na ostatnie pożegnanie. Jadę do ojca. Pomieszkuje na ten moment w motelu nie daleko domu. Nie chciał zostać u mnie. Wolał być sam… Każdy przeżywa to inaczej. Może tak będzie lepiej. On próbuje zapomnieć, a ja przypominać sobie jak najwięcej cudownych chwil z ukochaną nam kobietą. Sprawdzę czy nic mu nie potrzeba. Staram się go jak najlepiej wspierać w tej tragedii. Ludzie ciągle gadają, że to normalne, że przejdzie, że potrzeba dać sobie czas… A ja? Ja w to po prostu nie wierzę. Zawsze będzie mi jej brakować. Niezależnie od dnia ani godziny będę za nią tęsknić z całego swego serca. Hamuje ostro przed przejściem dla pieszych, na które przed momentem weszła jakaś staruszka. Ledwo ją zauważyłam… Mogłam pozbawić życia kolejnej osoby. Kobieta odchodzi, a ja oczyszczam umysł i ruszam w dalszą drogę. Jeszcze tylko kilka przecznic i będę na miejscu. Po drodze mijam znajome mi miejsca. Moja ulubiona kawiarnia, kino, centrum handlowe, koktajlbar. Lubiłam tam przychodzić z mamą na lody… Wszystko kojarzy mi się z nią. Dlaczego po prostu nie potrafię wyłączyć myślenia i dojechać spokojnie? Zatrzymuje się w miejscu docelowym. Opieram głowę na kierownicy myśląc o tym, w jaki sposób mogę pomóc ojcu. Może łatwiej będzie jeśli wyciągnę go na spacer? Porozmawiamy, może na chwilę uda mu się zapomnieć o kobiecie jego życia. Wysiadam z samochodu, zamykam drzwi i przekręcam kluczyk. Kieruję się w stronę kilku schodów pod wielkim szyldem „Motel pod Gruszą”. Skinieniem głowy witam się z panią Różą, najlepszą przyjaciółką mojej mamy i kieruje w stronę schodów. Wchodzę na piętro i odnajduje drzwi z numerem 21. Pukam, a dosłownie po kilkunastu sekundach otwiera mi mój ojciec. Ma zmizerniałą twarz, jeszcze nigdy nie widziałam takiego smutku i żalu w jego oczach. W niczyich oczach… Przechodzę przez próg i wtulam się w niego jak mała dziewczynka. Zostaliśmy pozostawieni sami sobie. Cieszę się, że choć on mi został.

– Kocham cię tato…- szeptam w niego. Już nawet nie mam siły płakać, zresztą on chyba też.

– Zostałaś mi tylko ty córeczko…

-Wiem…- cisza która nas ogarnia w tym momencie w cale nie jest niezręczna. Ona mówi więcej niż potrafią wyrazić nasze słowa.

Odrywam się od niego, zamykam drzwi które wciąż pozostawały otwarte i wchodzę razem z nim głębiej do pokoju. Siadamy oboje na łóżku patrząc sobie w oczy.

-To moja wina, gdybym wtedy zdążył do niej dobiec… wołała mnie… słyszałem ją, a mimo to nie dałem rady jej uratować – patrzę na niego zdezorientowana. W mojej głowie pojawia się nagle tyle myśli… mógł ją uratować, a mimo to nie zrobił tego. Z drugiej strony nie miał obowiązku narażania swojego życia dla niej… Wiem o tym od dnia pożaru. Ciągle będąc w szoku powtarzał tylko to. Nie chcę, żeby się obwiniał za jej śmierć. To nie jest niczyja wina, a już na pewno nie jego. Wiem, że jeśli naprawdę miałby możliwość uratowania jej zrobiłby to bez zastanowienia.

-Tato… nie obwiniaj się za coś, na co nie mieliśmy wpływu, a teraz tym bardziej nie mamy. Gdybyś do niej wszedł, ogień pochłonął by też ciebie. Nie chciałabym zostać sama… Przeraża mnie ta myśl. Tak jak i ta, że mamy nie ma już z nami, ale mamy siebie… Teraz musimy być blisko i wspierać się nawzajem. Jutro pójdziemy tam, pożegnamy się z nią jak należy i nigdy o niej nie zapomnimy. Mama na zawsze będzie trwać w naszych sercach i ty wiesz o tym doskonale. Byliście dla mnie najlepszym wzorem miłości i ciepła jaki tylko mogłam otrzymać przez te wszystkie lata.

– Za niedługo będę musiał tam pojechać… Sprawdzić co i jak, zabrać rzeczy które ocalały i część dokumentów… Mama chciałaby pewnie, żebym wyremontował dom i mieszkał tam dalej, ale ja nie wiem czy jestem w stanie tak żyć.

– Nie przejmuj się tym teraz, ja wszystko załatwię. Na razie zamieszkasz u mnie. Ja w przyszłym tygodniu tam pojadę i zabiorę resztę potrzebnych ci rzeczy. Na razie staraj się uspokajać myśli i panować nad emocjami. Ja wiem, że to nie jest proste. Doskonale cię rozumiem, ale musimy sobie jakoś radzić.

– Jak ty to sobie wyobrażasz? Że z dnia na dzień tak po prostu o niej zapomnę?

– Ja tego nie powiedziałam. Po prostu myślę, że na razie musisz się uspokoić i na jakiś czas przejść do teraźniejszości, z którą trzeba będzie się w końcu pogodzić. Pójdziemy na terapie. Otaczają nas dobrzy ludzie. Pani Róża, Kordian, pan Antoni… Oni wszyscy chcą nas wspierać, a my powinniśmy im na to pozwolić. Nie można będzie wiecznie pogrążać się w nienawiści do losu. Może to było nam pisane…

– Pisane?! Co ty za bzdury opowiadasz! Jaka terapia? Nie potrzebuję nikogo, kto powie mi, że winny jestem ja bo sam o tym doskonale wiem.

– A jak ty to sobie inaczej wyobrażasz? Chcesz się od nas odciąć i zostać całkiem sam?! Ja na to na pewno nie pozwolę.

– Ty nic nie rozumiesz…

– W takim razie proszę bardzo, wytłumacz mi to.

– Nie potrafię… Nie potrafię sobie nawet wyobrazić dalszego życia…

Westchnęłam tylko i po raz kolejny go przytuliłam. Jest mu tak ciężko… Ja nie wiem co sobie wyobrażałam. Że z dnia na dzień będzie lepiej? Ehh…

– Przejdźmy się może na spacer… Tak jak to było kiedyś…- chyba zaskoczyłam go tą propozycją, mimo to, skinął delikatnie głową i wstał.

Ubrał swój czarny płaszcz i razem ze mną, zamykając pokój, zszedł na dół. Mina pani Róży mówiła sama za siebie. Była szczęśliwa widząc go po raz pierwszy od tamtego wieczoru. Kilkukrotnie dzwoniła do mnie i prosiła, abym go gdzieś wyciągnęła. Tak naprawdę to ona i pan Antoni zorganizowali wszystko. My byliśmy zbyt słabi… Wyszliśmy z budynku i uderzyło w nas chłodne powietrze. Mamy piękną złotą jesień. Mimo to, nie potrafię się nią cieszyć. Nie potrafię się cieszyć tym październikowym, dość przyjemnym powietrzem. Idziemy do naszej ulubionej kawiarni. Nigdzie się nie śpieszymy i nie potrzebujemy słów do pociechy. Chyba jemu też zrobiło się lepiej. Widać, że powoli oczyszcza umysł. Oboje oddychamy powoli i czerpiemy pełnię z tego co zostało nam przed zapowiadaną listopadową pluchą. Dochodzimy do naszego celu i wchodzimy do środka, gdzie już od wejścia roznosi się cudowny zapach kawy. Zamawiamy dwie czarne, siadamy przy stoliku i w ciszy wypijamy całą zawartość filiżanek. Odprowadzam go do motelu wymieniając z nim po drodze nasze wspólne wspomnienia z mojego dzieciństwa. On się uśmiecha, a ja żegnam się i wracam do auta. Nawet nie zauważyłam kiedy zrobiło się ciemno… Patrzę na zegarek na którym widnieje godzina 19:37. Odpalam silnik i wracam w spokoju do mojej kawalerki. Myślę, że to popołudnie zrobiło dobrze zarówno mi jak i ojcu. Oboje trochę uspokoiliśmy myśli i porozmawialiśmy normalnie. Zatrzymuję samochód pod moją kamienicą i wchodzę na piętro. Otwieram drzwi i widzę zapalone światła w całym mieszkaniu, a po chwili zza rogu wyłania się Kordian.

– Ooo… Już jesteś… Myślałem, że zdążę z kolacją zanim wrócisz. Nie gniewaj się, że nic nie mówiłem. Chciałem po prostu upewnić się że zjesz coś normalnego.

– No hej… Dziękuję, ale naprawdę nie trzeba się tak o mnie martwić… Nie jestem dzieckiem, umiem o siebie zadbać.

-Taaa… już to widzę… – podchodzi do mnie i przytula mocno. – Ja wiem, że jesteś twarda, ale nie odrzucaj od siebie ludzi.

Wchodzimy do środka i siadamy do stołu. Kilka minut później kolacja jest już gotowa. Kurczak w sosie słodko-kwaśnym. Niby nic takiego, a mimo to bardzo mi smakuje. Uwielbiam jak on gotuje. On robi dla mnie tak wiele.

– To jak…? Jutro pogrzeb… – mówi lekko speszony. – Może mógłbym zostać z tobą na noc? Nie chcę, żebyś była teraz sama, a ja mam przy sobie wszystkie potrzebne rzeczy…

– Jeśli chcesz to zostań – mówię biorąc kolejny kęs do ust.

– A jak u twojego ojca?

– A jak ma być? Jest źle… Myślałam, że ja to przeżywam, ale to nie prawda. To on nie umie się pogodzić z jej śmiercią. Ciągle obwinia siebie. Twierdzi, że mógł ją uratować, że słyszał jej wołanie… Sama już nie wiem co mam mu mówić.

– Powiedziałaś mu o terapii?

– Tak, ale nie sądzę, że się zgodzi. Za długo go znam, by łudzić się, że pójdzie do specjalisty. Zawsze był otwarty tylko na nią…

– Wszystko się z czasem poukłada… Pomożemy wam.

– Dziękuję, że jesteś przy nas…

– Od tego są przyjaciele.

Dojadam do końca moją porcję i wstaje od stołu odnosząc brudne naczynia do zmywarki. No to co? Jutro pożegnam najważniejszą dotychczas dla mnie osobę… Nie chcę już dziś o tym myśleć. Zdecydowanie nie chcę. Idę do łazienki gdzie biorę prysznic i odbywam całą wieczorną toaletę. Przebieram się w piżamę i idę do sypialni kładąc się. Po chwili dołącza do mnie Kordian przytulając mnie.

– Ty nie miałeś przypadkiem spać na kanapie?

– Ja dziś nic takiego nie powiedziałem, poza tym… Nie zaszkodzi ci trochę bliskości, bo wiem, że jej potrzebujesz.

Uśmiecham się tylko delikatnie przytakując i odwzajemniam uścisk. W dzieciństwie tyle razy nocowaliśmy u siebie, że chyba nie ma żadnych przeciwwskazań by i teraz nie mogło tak być. Jesteśmy w końcu dorośli… Zasypiam z przyjemnym wspomnieniem naszych młodzieńczych lat, co powoduje mimowolny lekki uśmiech na mojej twarzy. Na chwilę zapominam o problemach i odpływam do krainy Morfeusza. Widzę czarną dziurę. Wszędzie ciemno, czuje się jakby nic tutaj nie było materialne. Po chwili jestem już w parku. Nie ma tu nikogo. Słoneczny dzień i martwa cisza. Nie słychać ruchu ulicznego, ptaków, a nawet wiatru, który ewidentne czuję na swojej skórze. Idą na wprost przed siebie nie mijając żadnej żywej istoty. Dostrzegam w końcu jakąś postać w oddali. To chyba mężczyzna… Siedzi na ławce kawałek dalej. Wygląda na zamyślonego. Podchodzę bliżej i staję naprzeciw niego. On podnosi głowę z obojętną miną, a ja tracę orientację. Jego cudne, błękitne oczy… Nigdy nie widziałam niczego równie pięknego. Ten kolor jest jak woda w Zatoce Wraku… Jego kruczoczarne włosy opadające lekko na czoło i jasna karnacja idealnie się dopełniają, tworząc dość mocny kontrast. Ubrany jest w czarny płaszcz, który jeszcze bardziej podkreśla jego nieprzeciętną urodę…